O autorze
Ksiądz Wojciech Lemański (1960) - proboszcz parafii Narodzenia Pańskiego w Jasienicy. Za swoją działalność na rzecz poprawy stosunków polsko-żydowskich odznaczony medalem przyznawanym przez Stowarzyszenie Żydów Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej i przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Trędowaci?

„Stało się, że Jezus zmierzając do Jerozolimy, przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodził do pewnej wsi, wyszło naprzeciw niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami. Na ich widok rzekł do nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni.” /Łk 17,11-14/



Z pogranicza Samarii i Galilei jeszcze dobry kawałek drogi do Jerozolimy, zwłaszcza jeśli idzie się pieszo i na dokładkę, w przypadku trędowatych, z pominięciem traktów uczęszczanych przez zdrowych wędrowców. A gdzie szukać kapłanów, jeśli nie w świątyni. Nie wysłał przecież Jezus tych nieszczęśników do jakiegoś pobliskiego plebana, bo takim mógł być w tym czasie co najwyżej przełożony miejscowej synagogi albo jakiś mniej lub bardziej uczony w Piśmie. Tu słyszymy wezwanie, by poszli do kapłanów. Miejsce kapłanów było wówczas, i powinno być nadal, przy ołtarzu, a ich podstawowe zadanie polegało na składaniu na tymże ołtarzu ofiar w intencjach wiernych. Machabeusze, podczas sławnego powstania, ołtarze zbudowane przez Greków w większych osadach zburzyli i teraz, by spotkać kapłanów, należało podążyć do jedynej świątyni, do Jerozolimy.

Ewangelista informuje, że ci trędowaci doznali oczyszczenia, gdy szli. Ale jak długo wędrowali i w którym momencie tej pielgrzymki zauważyli, że już nie są trędowaci, tego nie wspomina. Cuda mają to do siebie, że docierają do naszej świadomości powoli, przedzierając się przez gąszcze wątpliwości, przez chaszcze racjonalnych wytłumaczeń, przez wąwozy zwątpień, złudzeń i zawiedzionych nadziei. Jak to było z tym cudownym uzdrowieniem nieuleczalnie chorych trędowatych idących do Jerozolimy, nie wiemy. Mogło ono nastąpić równie dobrze tego samego dnia, gdy spotkali Jezusa, jak i nazajutrz. Mogli doznać oczyszczenia z trądu już po kilkudziesięciu krokach przemierzonych na spotkanie kapłanów, lub dopiero po wielu kilometrach uciążliwej wędrówki. Mogli zostać uzdrowieni wszyscy jednocześnie, albo też jeden po drugim. Mogli wreszcie zauważyć swoje uzdrowienie sami lub dowiedzieć się o nim podczas wymaganej prawem obdukcji dokonywanej przez kapłanów. Jedno cudowne uzdrowienie, a pytań z nim związanych cała masa.

Wiemy z opisu Ewangelisty, że Jezus wysłał tych dziesięciu do kapłanów. Po co? Ano po to, by zgodnie z prawem wówczas obowiązującym zweryfikowali cud i pozwolili tym ludziom powrócić do społeczności, którą musieli opuścić, gdy uznano ich za trędowatych. O wiele łatwiej kogoś ze wspólnoty usunąć, niż do niej przywrócić. Łatwiej rzucić na kogoś anatemę lub inną klątwę, uznając go za trędowatego, za wykluczonego, za zło wcielone, niż dać świadectwo prawdzie. I wtedy, i dziś łatwiej było człowieka zniszczyć, niż niesłusznie oskarżanego oczyścić z piętna winy. W świecie ostrych podziałów, nieprzekraczalnych granic i jednoznacznych opinii nie ma miejsca na nawrócenie, na przemianę, na pokutę.

Przez długie dziesięciolecia ofiary nadużyć seksualnych księży traktowane były przez instytucjonalny Kościół i w swoim lokalnym środowisku jak trędowate, i same tak się czuły. Obrzydliwe, oślizłe piętno natrętnych wspomnień szło za nimi krok w krok i ciążyło niczym kamień młyński. A przecież Jezus powiedział wprost, komu u szyi ten kamień powinno się powiesić, kto ten ciężar powinien podjąć i dźwigać. Oczyszczająca fala powoli, acz skutecznie, podnosiła się i nadciągała do nas z wielu stron. Ludzie skrzywdzeni przez funkcjonariuszy Kościoła wychodzili z zaułków, z marginesu, na który ich zepchnięto i z zapomnienia, na które został skazani. Zamykano im usta wezwaniami do pokory, do przebaczenia, do nieszkodzenia Kościołowi. Mówiono do nich: To było już tak dawno, zapomnijmy o tym, każdemu może się przytrafić chwila słabości, po co powracać do zdarzeń sprzed kilku, kilkunastu, a nawet sprzed kilkudziesięciu lat.

Teraz znów powinni pójść do kapłanów, by ci zweryfikowali ich krzywdę, ich prawdomówność, ich niewinność. Nie chcą iść tą drogą. Zresztą wypowiedzi prominentnych przedstawicieli „kapłanów” niepokoją, przerażają, śmieszą, budzą ich lęk, a nawet odrazę. Czy ci, którzy tak długo ich krzywdy zamiatali pod dywan, przymykali oko, przenosili sprawców z jednej placówki duszpasterskiej do innej, mieliby teraz wyznaczać standardy postępowania w takich sprawach? Czy ci, którzy swoimi zaniedbaniami czy wręcz świadomym mataczeniem przyczynili się do skrzywdzenia kolejnych osób, mają dziś prawo pouczać, wyjaśniać i usprawiedliwiać?

/ źródło-www.ksiadzlemanski.waw.pl /
Trwa ładowanie komentarzy...